poniedziałek, 19 czerwca 2017

Akcja reanimacja: KOMODA OMBRE

     



  To było naprawdę spore wyzwanie. Tak przynajmniej na początku mi się wydawało. Teraz mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że pomimo, iż pierwszy raz reanimowałam tak duży mebel, to w rezultacie była to najbardziej przyjemna i satysfakcjonująca praca.
        O takiej właśnie komodzie marzyłam już od dawna. Musiała mieć szuflady, bo szuflady dają dużo możliwości. Każda może być inna: mieć inny kolor lub fakturę. Mój wybór padł na efekt ombre. Granat w kilku odcieniach, biel i szarość. Najpierw plan, następnie kolejne kroki do jego realizacji.
        Teraz, kiedy komoda już od dawna stoi wykończona wiem, że bardzo istotny był wybór odpowiedniego mebla. Trochę czasu zajęło mi znalezienie nie za dużej drewnianej solidnej komody. Wystarczy trochę poszperać w Internecie albo popytać znajomych. Czasem takie cuda stoją w garażach lub na strychach, czekając na zbawienie.
          Ja swoją kupiłam na Allegro za niewielkie pieniądze. Pierwotnie wyglądała tak:




   A do mnie przyjechała w takim stanie:



Nóżki i gałeczki:




      Całość pokryta (na szczęście) zmęczoną ilością farby nie zapowiadała dużej ilości szlifowania, co mnie niezmiernie ucieszyło. Jedynie blat wymagał odrobinę więcej pracy. Mała szlifierka ręczna poradziła sobie jednak z lakierem w niecałą godzinę.





         Blat i ścianki boczne pomalowałam emalią akrylową do drewna i metalu i zabezpieczyłam lakierem wodnym. I w takiej białej postaci czekała cierpliwie na szuflady. Ja przy malowaniu szuflad miałam troszkę mniej cierpliwości, ale obyło się bez większych niepowodzeń.
  
         Jak widać na zdjęciach poniżej kolor szuflad idealnie dopasował się do koloru ze ściany.
Sekret tkwi w tym, że to ta sama farba. Uwielbiam takie resztki, które można gdzieś wykorzystać. A było to tylko pół słoika po dżemie ;-)
Zaczęłam od najniższej, najciemniejszej szuflady i stopniowo po kolei dodając coraz więcej białej farby, malowałam coraz wyższe poziomy.

         Gałki też zreanimowałam- po swojemu i w tych samych kolorach.





      Jak widać całą reanimację przeprowadzałam z dość dużym już brzuszkiem, więc nie było łatwo. Na szczęście mąż czynnie pomagał w najcięższych pracach, a motywacja sprawiła, że wszystko udało się dokładnie tak, jak chciałam.

      Wisienką na torcie były dwie cudne gałki- szare gwiazdeczki od REGAŁKA i mogłam się jarać, układając w szufladach maleńkie ubranka i cieszyć oko wykonaną pracą.